AKTUALNOŚCI
W samo okienko (53) - Nic się nie stało13.10.2014r.
"Jak będzie po niemiecku: nic się nie stało?" - któryś z kibiców rzucił pytanie w eter i momentalnie zdetonował bombę śmiechu w tłumie opuszczającym Stadion Narodowy w ciepły, październikowy wieczór. Kilka minut później ktoś inny obrócił znane, wręcz narodowe motto i objawił z ogromnym zdziwieniem: "Hej, ludzie - po raz pierwszy nie śpiewamy nic się nie stało?!". Cud nad Wisłą a Niemcy toną w głębokim szoku.

Żartowaliśmy przed meczem, że z Niemcami ostatni raz wygraliśmy nieco ponad 600 lat temu pod Grunwaldem 1:0 po golu Zawiszy Czarnego, jak głoszą dziejopisarze, choć w tamtym składzie mieliśmy kilku naturalizowanych w ekspresowym tempie Litwinów. Co tu kryć - ostatnio przed każdym meczem tlił się płomyk nadziei, że może to właśnie tu i teraz, że czas na trzy punkty, może choćby "zwycięski" remis, wszak ktoś na mistrzów świata wymodlił plagę kontuzji. Może tego dnia znowu Bóg będzie z nami, a nie Gott mit Uns.

Serce i rozum. Z kolei rozum kazał pukać się w czoło, bo przecież Niemcy choćby wystawili drugi skład, to i tak mieliby bezboleśnie rozprawić się z naszymi reprezentantami, w 90 minut zmielić ich niczym brazylijską kawę.

Tuż przed pierwszym gwizdkiem nasza trybuna została ozdobiona. Rodacy z Warmii rozwiesili flagę z napisem "BEZROBOTNI OLSZTYN", która była idealną przynętą dla wszędobylskich kamer telewizyjnych. A potem było już tylko drżenie o wynik, przerażenie zmieszane z ulgą po błędach Polaków w rozgrywaniu piłki w pierwszej połowie i ulgi, po indolencji strzeleckiej Niemców, którym najwyraźniej ktoś przestawił w szatni celowniki. Szaliki wprawione w ruch kołowrotka i huraganowy doping z każdą minutą nabierał wyrazistych barw. Trzymanie kciuków, aby Szczęsnego nie opuściło szczęście, aby Milik przeciął na milimetry lot piłki, a "Lewy" dograł na lewo do Mili, który triumfalnie zatopił marzenia gości w końcówce o odrobieniu jednobramkowej straty.

"Takie cuda to tylko w piłce nożnej" - mówi Darek, gdy siedzimy wieczorem po meczu, wciąż nie wierząc, że wszystko wydarzyło się na naszych oczach. Zastanawiamy się co z rankingiem FIFA. Przy porannej niedzielnej kawie sprawdzam wspomniany ranking. Zajmujemy haniebne 70. miejsce, co oczywiście nie uwzględniało wygranej z Niemcami. Klikam na zamieszczony na stronie kalkulator punktów i okazuje się, że za pokonanie mistrzów świata możemy otrzymać około 178 punktów, które dodając do dorobku 436, da nam 614 "oczek". Patrzę na zestawienie i liczę szybko, że mamy możliwy skok w górę tabeli w okolice 40. pozycji...

Oglądam powtórkę konferencji prasowej Adama Nawałki. Nawałnica pytań od dziennikarzy spotyka się ze stoickim spokojem, brakiem uśmiechu, tak jakby selekcjoner kadry w dalszym ciągu udawał, że nic się nie stało, jakby już myślami był przy kolejnym pojedynku ze Szkocją. Wywiady z piłkarzami bardzo stonowane, gdzieś tam przeciskający się maluteńki uśmiech w kąciku ust Łukasza Piszczka, niewzruszony Wojciech Szczęsny, lakoniczny Robert Lewandowski, szukający słów Grzegorz Krychowiak... Jedni spojrzą na to, jak na miny profesjonalistów, wyprane z emocji, dla których zwycięstwa to chleb powszedni skoro gra się w Bayernie Monachium, Arsenalu Londyn czy FC Sevilla. Inni mogą dostrzec w tym ukryte za tą maską myśli: "Pokazaliśmy Wam dziennikarze, że potrafimy. Co teraz napiszecie?".

I wreszcie kamera pokazuje tryskającego radością Sebastiana Milę, jakby wychodził z innej szatni, z innego meczu, który powrócił do talii Nawałki niczym dżoker i przekroczył rekordową milę szaleństwa w swojej piłkarskiej karierze. Trzeba się umieć cieszyć z takich zwycięstw, bo raz na sześć wieków to zbyt rzadko.

(© arek.lewenko@interia.pl)

::  Copyright © 2003-2022 MKS Debrzno  ::  Web design by Robert Białek  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone  ::