ARCHIWUM AKTUALNOŚCI
W samo okienko (40)
Gra w dupka
20.01.2014r.
Kiedy jest się dzieckiem, to wyczekiwanie na urodziny przypomina tortury przyrządzone skrupulatnie przez czas, który wydaje się ulatniać w żółwim tempie. Z biegiem lat jakoś tak próbujemy omijać szerokim łukiem ten jeden dzień w roku, udając że nic się nie dzieje, że włosy nie siwieją i nie spadają z głowy jak liście z drzewa. Nie ma co wierzgać nogami i próbować odgonić nadjeżdżający tort urodzinowy. Trzeba się cieszyć i czerpać haustami, póki kran ze strumieniem życzeń odkręcony został przez tę jedną z dób w roku.

Tak właśnie miałem blisko miesiąc temu. Otrzymałem kilka telefonów, w tym jeden z hasłem "Cześć Stary! Czwórka z przodu, zmiana kodu". Jeden z przyjaciół starał się rozszyfrować mój stan emocjonalny, w momencie gdy przekroczyłem lotną premię w życiowym biegu z liczbą 40. Dla wielu osób z mojego pokolenia chwila ta kojarzy się nierozłącznie z bohaterem telewizyjnego serialu "Czterdziestolatek", który oglądaliśmy będąc uczniami szkoły podstawowej. Tyle że tamten facet wydawał nam się być cholernie stary, a "czterdziestka" była tak odległa niczym pokonanie dystansu na Księżyc. A tu sru!

Podczas ostatniej wizyty w Empiku wpadła mi w ręce książka zatytułowana "1973", z okładki której dowiedziałem się, że niejaki Maciej Kurzajewski należy podobnie jak ja i wielu moich kolegów z debrzneńskiego podwórka do "Rocznika Wembley". Nie muszę przypominać skąd to określenie. Przy okazji odkurzyłem w myślach kilka innych rzeczy z tamtych lat.

Otóż była taka gierka na podwórku, która wywoływała u nas emocje i dreszcze, znacznie większe aniżeli poker u dorosłych, gdzie stawki piętrzą się na stole w zadymionym pomieszczeniu a nerwy topią się szybciej od lodu w szklaneczkach whisky. Wcale nie była to "gra w noże". Ha - można by rzec, że zabawa z harcerską finką w ręku to był mały pikuś. Dla wyjaśnienia napiszę, że w gra w noże polegała na tym, że okrąg dzieliło się po równo względem liczby graczy, a następnie każdy z nich rzucał nożem w wybrane pole przeciwnika. Jeżeli nóż wbił się w ziemię, to autor trafienia odkrajał triumfalnie odpowiedni obszar i wcielał go do swojego królestwa. I tak dalej... Kręcę teraz głową, że rodzice przymykali oko i nam na to zezwalali.

Ale do brzegu. "Gra w dupka", bo o nią chodzi, była zabawą dla ryzykantów, zwłaszcza gdy zgłosiłeś swój udział w gronie o kilka lat starszych chłopaków. Ci zacierali ręce jak wygłodniałe pająki, bo teoretycznie ofiara sama pakowała się w sieć. Konsekwencje mogły być bolesne, i to bardzo, a odczuwało się to na swoich własnych "czterech literach". Na czym to wszystko polegało? Grało się na jedną bramkę, piłkę można było dotknąć tylko raz, chyba że osoba akurat stojąca na bramce wyraziła zgodę na dodatkowe pyknięcie gały. Gdy ktoś spudłował, stawał na bramkę i tymczasowo trzymał niewidoczny szyld z napisem "Dupek". Naturalnie przejmował przy okazji konto już strzelonych bramek. Gol zdobyty z nogi liczył się za 1, a z głowy za 2. W chwili gdy licznik zatrzymał się na 6, następowała egzekucja... Brakowało co prawda dźwięku werbli, bo pechowiec opierał się o słupek bramki, wypinał zadek i pozostali uczestnicy ładowali mu kopa w d... ile sił. Niektórzy byli bezwzględni, a inni karali lżej, jakby kalkulując że w następnej serii to oni mogą trzymać się mocno słupka i wznosić modły o najmniej surowy wyrok. Można sobie wyobrazić co się działo, gdy stan wynosił 5 i trzeba było widzieć wiele anemicznych podań, bo rzadko który decydował się na strzał. W momencie gdy nawet musnąłeś piłkę po raz drugi, lądowałeś na bramce niczym pod gilotynę. Ech, to były emocje!

Zagralibyście jeszcze?

                                                                     (© arek.lewenko@interia.pl)

::  Copyright © 2003-2022 MKS Debrzno  ::  Web design by Robert Białek  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone  ::