ARCHIWUM AKTUALNOŚCI
W samo okienko (37)
Magiczna księga "Papy" S.
25.11.2013r.
Zapytałem ją wprost czy jest dobra w te klocki. Była filigranowej budowy i jej uśmiech mógł rozbroić nie jedną minę. Deszcz siąpił za oknem, my staliśmy na piętrze biurowca w Eindhoven i czekaliśmy aż automat przygotuje nam gorącą kawę, która najlepiej smakuje w towarzystwie. Rejhana przyznała, że poprzednia praca w firmie LEGO dostarczyła jej nie tylko sporo gadżetów dla swoich dzieci, ale i układanie kampanii marketingowych przypominało zabawę klockami. Zawsze wszystko musiało być dopasowane.

Gorąca kawa i chłodne krople deszczu stworzyły koktajl wspomnień. W 1992 roku była nastolatką, gdy w Jugosławii wybuchła wojna domowa. Rejhana, której muzułmańskie imię oznacza "słodki kwiatek raju", urodziła się i do rozpoczęcia narodowego konfliktu mieszkała w miejscowości Bihać (obecnie w obrębie Bośni i Hercegowiny).

- Wiesz jak udało mi się przedostać na Zachód? - zapytała.

- Jak? - mocno zauważalny błysk ciekawości w moim lewym oku.

- Kiedy Serbowie wdarli się do miast czy wiosek i złapali kobiety lub dziewczyny, to praktycznie każda była gwałcona lub zabijana. Mnie żołnierze misji pokojowej ONZ przemycili do bezpiecznej strefy w czołgu - powiedziała to lekko, choć widziałem jak w ciągu sekundy ładunek emocji eksplodował w jej wnętrzu po raz kolejny.

Wiecie jaka jest taktyka snajpera? Jego zadaniem nie jest zabić za pierwszym strzałem. Gdyby to zrobił, miałby na swoim koncie tylko jedno ludzkie życie, zaledwie "jeden punkt". Kiedy snajper ma na muszce ofiarę, to robi wszystko, aby za pierwszym strzałem zranić w taki sposób, aby trafiona postać upadła z bólu i zaczęła wzywać pomocy. To oznacza przynajmniej jeden nowy potencjalny cel. Czasami dwie osoby przybiegają na ratunek i wychodzi strzał "za trzy". Sarajewo, które w 1984 gościło zimowe igrzyska olimpijskie, od 1992 roku przez blisko cztery lata dławiło się ściśnięte przez serbskie oblężenie i grupę zajadłych, krwiożerczych snajperów. Pamiętam, że maskotką tamtych igrzysk był wilczek - Vučko. Ktoś kiedyś napisał, że człowiek człowiekowi wilkiem. Ironia losu...

Kiedy we wspomnianym Sarajewie olimpijczycy lepili bałwana, w tym samym czasie w paryskim Parku Książąt niejaki Safet Sušić dryblował na murawach ligi francuskiej. Co prawda - wówczas mogłem to śledzić wyłącznie dzięki suchym wynikom podawanym niezwykle oszczędnie w "Tempie" czy "Przeglądzie Sportowym", ale i to było dobre. W 2010 roku czytelnicy France Football wybrali Sušicia najlepszym piłkarzem w historii Paris Saint Germain, w tym samym klubie, w którym obecnie święci triumfy Zlatan Ibrahimović. Wszyscy wiedzą, że w jego żyłach tryska przecież bośniacka krew. "Ibra" ze Szwecją nie pojedzie na mundial, ale za to z pewnością będzie dopingował reprezentację swoich przodków, czyli Bośnię i Hercegowinę, którą na wyżyny wprowadził właśnie Sušić.

Piłkarscy naukowcy marszczą czoła i zastanawiają się jakim cudem takiemu krajowi, będącemu od lat w poważnych turbulencjach, udało się awansować? Kraj, który ma dziesięć razy mniej ludności i klubów piłkarskich niż Polska. Kraj, którego przedstawiciela ze świecą szukać w Lidze Mistrzów czy Lidze Europy. Jakiego zaklęcia ze swojej magicznej, selekcjonerskiej księgi użył 58-letni Sušić, przydomek "Papa", że z pojedynczych zawodników grających na co dzień za granicą, wyczarował watahę głodnych sukcesu młodych wilków? W jednym z wywiadów powiedział, że zawsze dopasowuje taktykę zespołu do potencjału zawodników, których akurat ma do dyspozycji. Nigdy odwrotnie. Preferuje ustawienie 4-4-2 z Dżeko i Ibisevicem w przodzie. To nie wszystko, bo prawdziwą zagadką jest, co naprawdę motywuje Bośniaków do pokazania w reprezentacji, że chcą zwyciężać, walczyć i ryzykować kontuzje, pomimo milionów zarabianych w klubach.

                                                                     (© arek.lewenko@interia.pl)

::  Copyright © 2003-2022 MKS Debrzno  ::  Web design by Robert Białek  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone  ::